Marian Dederko – Mistrz zapomniany

Marzec 19th, 2010

Pisząc ten tekst chcę zabrać głos w sprawie jednego z wielkich fotografów tworzących w technice gumy. Pierwszym, który stworzył własny styl w tej technice i to w czasach przed drugą wojną światową. Niestety po latach został prawie całkowicie zapomniany, mimo swoich zasług na polu fotografii jak i upowszechniania tej dziedziny sztuki wśród wszystkich fotografujących bez podziału na amatorów i artystów. Dziś mało kto może się pochwalić, że oglądał jego prace w oryginale, nawet jeśli sam zajmuje się gumą. Pisząc tą krótką (ze względu na ograniczony materiał historyczny) monografię chciałbym oddać hołd i uznanie dla Mariana Dederki i jego wszechtwórczej osobowości, którą dziś możnaby obdzielić kilku fotografów. Praca ta jest poświęcona człowiekowi, który całe swoje życie oddał fotografii i eksperymentom na jej polu, lecz nie doczekał się szerszego opracowania w formie całościowej monografii, czy też książki z reprodukcjami prac. Zbierając ten materiał pragnę przekazać go za pośrednictwem internetu wszystkim tym, którym nie obca jest historia fotografii i ludzi, którzy ją tworzyli. Korzystajcie zatem z tej wspaniałej technologii do przekazywania wiedzy i informacji w nieskrępowanej formie bez kosztów, zysków i cenzury. Mam nadzieję, że informacje zawarte w tym opracowaniu pomogą wam we własnych eksperymentach nad procesem

***

Marian Dederko był z wykształcenia elektrotechnikiem, ale całe jego życie było ściśle związane z fotografią. Jest niewątpliwie najbardziej oryginalnym twórcą w technice gumy w historii polskiej fotografii. Jego działalność była ceniona na całym świecie.
Marian Dederko i Edward Steichen byli ostatnimi z wielkich klasyków-fotografów, którzy przed I wojną światową i w pierwszych latach po niej walczyli o nadanie fotografii jej dzisiejszego znaczenia jako dziedziny sztuki. Zarówno Steichen jak i Dederko byli w swych początkach gumistami, z tym iż Dederko pozostał wierny gumie do końca swej twórczości. To, że Dederko tworzył wyłącznie w gumie, sprowadzało dyskusję na temat jego twórczości na manowce. Zarzucano mu iż to co uprawia nie jest fotografią. Istotnie, już sama faktura powierzchni gumy różni się zasadniczo od każdego papieru bromowego. Lecz to co nazywamy ,fotografią artystyczną” jest określeniem zmieniającym się od postępu samej fotografii jak i uwarunkowań kulturowych. Drugim czynnikiem, który powodował, iż przeciwstawiano twórczość Mariana Dederki tzw. ,czystej fotografii” był fotonit. Jest on połączeniem fotografii z grafiką i polega na daleko idących zmianach, poczynionych retuszem odbitki pozytywowej, której reprodukcja wykonana w technice gumowej jest dopiero ostateczną formą obrazu.
Fotonit w swojej skrajnej postaci, w której grafika dominowała nad fotografią, nie znalazł w Polsce naśladowców. Poza Marianem Dederką ten rodzaj fotografii uprawiał tylko jego syn Witold. Podstawowa cecha fotonitu, w której szeroko praktykowany retusz służył do zniwelowania ostrości rysunku, a z drugiej strony do podkreślenia tego, co było istotne dla kompozycji i wymowy obrazu, odbiła się szerokim echem w pracach polskich fotografów okresu międzywojennego. To co robił Dederko w fotonicie, w parę lat później zaczęli po nim robić Bułhak we wtórniku, czy Wański w swoich ,rozmytych” bromach. Tonorozdzielcze gumy Neumana nie odbiegały techniką od prac Dederki.
Wpływ Dederki na rozwój fotografii polskiej nie ograniczał się do spraw związanych z techniką. Historia portretu fotograficznego w Polsce zaczyna się od niego, jeśli pominąć dziewiętnastowieczne prace Beyera, Brandla, czy nieco późniejsze Kirchnera, wykonane jednak w innej konwencji. To iż działalność Dederki wyżej i trafniej od polskiej oceniała  krytyka zagraniczna, wynikało być może z faktu, że Dederko swoją indywidualnością wybijał się  ponad środowisko, w którym tworzył a odrębność jego twórczości nie sprzyjała jej łatwemu przyjmowaniu.
Marian Dedrko był przez kilka lat redaktorem naczelnym ,Fotografa Polskiego”. Łamy tego pisma stały się wówczas pełne gwałtownych polemik; wielokrotnie Dederko polemizował zresztą sam ze sobą- był on pierwszym, który wprowadził do polskiego piśmiennictwa fotograficznego zwyczaj pisywania pod różnymi pseudonimami. Nie wszyscy wertujący stare roczniki ,Fotografa Polskiego” wiedzą że gwałtowny przeciwnik Dederki w wielu polemikach – Jerzy Kruk-Zabiełło – to on sam podpisany pseudonimem.
Dalsza dziedzina zainteresowań Dederki to fotografia naukowa i techniczna. Szereg prac i rozpraw ogłosił on w dziedzinie sensytometrii, fotografii astronomicznej, makrofotografii itd. Jest również konstruktorem obiektywu miękkorysującego o ciekawej budowie. Poza tym Dederko przez długie lata był pedagogiem w Liceum Fotograficznym, a poźniej technikum, w którym pod jego kierunkiem uczył się Stanisław Sommer autor znanej książki ,Vademecum fotografa”, na której wychowało się już kilka pokoleń fotografów.

***

Cofnijmy się do końca XIX stulecia, do końca zeszłego stulecia. Marian był synem drobnego ziemianina z powiatu mołodoczeńskiego, Sotera Dederko, człowieka, który przebrnął przez życie z wielkim trudem. Był powstańcem 1863 roku, potem zesłany na Syberię, po powrocie nie mógł powrócić na Wileńszczyznę i przez długie lata wegetował w Warszawie i okolicy. Wreszcie władze zezwoliły mu na powrót do folwarku rodzinnego Puzela, gdzie już względnie spokojnie dożył reszty lat.
Tam w roku 1880 w Puzelach przyszedł na świat Marian. 13 lat miał inżynier Marian Dederko w roku 1863, kiedy poraz pierwszy zetknął się z aparatem fotograficznym. Po otrzymaniu promocji do klasy III ojciec jego postanowił kupić kamerę – może nie tyle dla niego co dla siebie. Sprowadził ją aż z Wiednia.
Pamiętam – mówi inż. Dederko – ten dzień, kiedy nadeszła   nareszcie dawno oczekiwana przesyłka. Rozpakowaliśmy ją, ale kompletnie nie wiedzieliśmy, co z tym fantem zrobić. Wtedy przyszła ojcu myśl zaproszenia na wieś z Wilna syna znajomego fotografa zawodowego p. Staroniewicza. Jednocześnie wydarzyła się rzecz dość śmieszna gdy już na wsi przekonaliśmy się, że brakuje tam obiektywu. Posyłamy więc  zaproszonego instruktora do Wilna po zakup tego niezbędnego przedmiotu, skąd rzeczywiście przyjechał z ciemniutkim ,aplanatem”, za który zapłacił 8 rubli. Pierwsze zdjęcie było nielada sensacją na całą okolicę. Pamiętam jak w zaimprowizowanej ciemni ładowaliśmy kasetę 13×18 cm płytą Zankowskiego (Moskwa), jak później nastawialiśmy aparat na grupę wszystkich obecnych wtedy na wsi, jak później wywoływaliśmy wywoływaczem szczawianowym i utrwalaliśmy w niezakwaszonym tiosiarczanie sodowym. A potem sporządzanie pozytywu. Papierów światłoczułych nie było. Trzeba było samemu uczulać w azotanie srebra papier pokryty albuminem z solą. I nareszcie po wielu trudach odbitka robiąca niesłychaną furorę. Ojciec prędko się zniechęcił do tej zabawy, mnie zaś ona pociągała nadzwyczajnie. Po pewnym czasie instruktor odjechał, a ja zacząłem pracować samodzielnie, no i ma się rozumieć eksperymentować. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy otrzymałem portret tylko połówką obiektywu, choć nic nie wiedziałem o tej możliwości. Ale największe wrażenie zrobił na mnie inny eksperyment, do którego doszedłem zupełnie samodzielnie. Mianowicie zamiast matówki założyłem negatyw i umocowałem go w oknie pracowni, zasłoniwszy, ma się rozumieć, wszystkie niepotrzebne światła. I wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem rzucony na kawał tektury powiększony obraz negatywu. Nie wyjaśniłem praktyczności tego ,niby” odkrycia, ale byłem zachwycony wielkością i wyrazistością obrazu powiększonego takie były początki mojej fotografii”.
Widzimy już w tych wspomnieniach Mariana Dederki, że od zarania swej pracy wykazywał dążność do eksperymentowania, co tak charakteryzuje jego późniejsze prace.
Długo siedział Dederko w szkołach średnich i choć był bardzo zdolny, nie lubił przesiadywać nad przedmiotami do których nie miał zamiłowania; toteż mając z matematyki piątkę, za dwójki z greki i łaciny zostawał często w tej samej klasie. Nareszcie dostał maturę i zdał do politechniki warszawskiej. Fotografował ciągle, a nawet zaczął fabrykować rozmaite pocztówki patriotyczne, które zakupywały od niego dla swoich celów rozmaite organizacje podziemne. W 1904 roku poznaje córkę skazańca, Rozalię z Sakowiczów i żeni się z nią. Wreszcie przyszedł rok 1905, pierwsze pomruki  rewolucji, strajk szkolny i relegowanie z Politechniki Warszawskiej. Przenosi się do Siedlec, gdzie prowadzi naukę dla młodzieży usuniętej na skutek strajków. Moskale demaskują go. Trzy lata tułaczki na obczyźnie i studia za granicą, gdzie nie ma możliwości fotografowania, bo gdzież tu z taką zabawą na studencką kieszeń, za to ogląda najbogatsze muzea w Belgii, kontaktuje się z polską kolonią ludzi kultury. Zaczyna to rodzić w nim początkowo podświadome pragnienia – twórczości. Skończył wydział elektrotechniki w Liege, ale los znowu mu się poplątał, gdyż iść za swoją umiejętnością, zajął się gospodarowaniem w majątku żony pod Białymstokiem (Królowy Most).
Na któreś jego urodziny (29.II) żona kupiła mu lustrzankę ,Mentor” 9×12 z obiektywem normalnym oraz Bistelarem Buscha 40cm. I oto fotografia przypłynęła znowu do niego w bardzo silnym nawrocie. zbudował sobie pracownię z powiększalnikiem (oświetlanym naftą) i z całą sobie właściwą namiętnością zabrał się do pracy. O dziwo! już teraz nie do pejzaży, ale do portretów odbiegających od modnego wtedy stylu. I tutaj zdarzył się fakt, który zadecydował o całym jego późniejszym życiu. Poznał mianowicie Jana Bułhaka.
Zacytuję tutaj wspomnienia Mariana Dederki jego własnymi słowami:
,Trudno sobie wyobrazić, jak wielkie wrażenie robiły na mnie te prace Bułhaka, które po raz pierwszy oglądałem. To było objawienie, to było zupełnie coś innego od wszystkiego, co się dotychczas oglądało to była rewolucja w estetyce fotografii tamtych czasów. Musiałem go poznać, musiałem pokazać mu moje wysiłki zaznać od niego rady i wskazówki na przyszłość. Zapakowałem teczkę i lu do Wilna. Z wielkim strachem dzwoniłem do jego pracowni. I oto stanąłem przed młodym, o dobrych śmiejących się oczach panem, którego prosiłem przede wszystkim o zrobienie mojego zdjęcia (miał wtedy Bułhak zakład fotograficzny) i dopiero później z wielkim strachem poprosiłem go o skrytykowanie moich pierwocin. I tutaj moja nieoczekiwana konsternacja. Bułhakowi zdjęcia strasznie się podobały. ,Pańskie portrety są znakomite – mówił – i w dziedzinie portretu zdobędzie pan takie miejsce,  jak   Bułhak w pejzażu”.  Ja byłem olśniony, gdyż nigdy tego nie oczekiwałem. Dobrze że te pochwały mnie nie zepsuły, ale i w tym jest zasługa Bułhaka, gdyż od razu wskazał mi trudną i mozolną drogę zdobywania techniki fotograficznej, rozwijania w sobie sprawności technicznej i smaku artystycznego. Wróciłem na wieś z nowymi zamiarami. Sprowadziłem moc pism zagranicznych, posłałem moje prace do ,Fotografa Warszawskiego”,  gdzie z ochotą je reprodukowano, ja zaś pracowałem wciąż nad udoskonalaniem techniki. Wtedy już (a było to przed rokiem 1914) zająłem się techniką gumową, nad którą latami się męczyłem, zanim rozgryzłem najlepszą metodę, też dzięki J. Bułhakowi”.
Ta epoka pracy Mariana Dederki trwała do roku 1924 – kiedy to cech fotografów urządził na Nowym Świecie Wystawę Fotograficzną, na której inż. Dederko wystawił swoje pierwsze gumy
W 1916 wracają do Białegostoku, gdzie mieli dom, a na wakacje do Królowego Mostu, gdzie się wkwaterowali w opuszczoną popówkę. Gospodarstwo wciąż kuleje. Ale nie kuleje fotografia. Marian ma ciemnię w mieście i na wsi. Fotografuje dużo. I wtedy wpada mu w ręce broszurka jakiegoś francuskiego autora o technice gumy, opisująca dwie metody: paryską i wiedeńską. Marian zajął się ta drugą. Wtedy dobry papier, gumę arabską, farbę, czy dwuchromian potasu można było dostać niemal w każdym sklepiku czy aptece. Znów jedzie do Warszawy. Tam staje się aktywistą Warszawskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii. Uprawia różne techniki. Poza gumą – olej, bromolej, przetłok, pigment i pokrewne, heliografia. Powrót do Białego stoku. Koniec wojny. Znów czasy niespokojne. W 1920 Marian Dederko przyjeżdża na stałe do Warszawy i otwiera zakład fotograficzny przy ulicy Wiejskiej 2. Zamierzał tam zarabiać na statusie fotografa – wolnego artysty. Nie poszło. Oczywiście  – antytalent ekonomiczny. W 1922 przenosi się do małej pracowni na Placu 3 Krzyży 12. Zakład szedł raz lepiej raz gorzej – z resztą nic dziwnego, gdyż trzeba było przygotować do nowego typu portretów. Miał za to znamienitych klientów, malarzy: Stryjeński, Weiss, K.Witkowski, Kamiński, Lechowski. Rzeźbiarze: Karny, Dunikowski, Lovell… . Aktorzy: Zaharewicz, Szarski, Osterwa. Literaci: Makuszyński, Boy, Żeromski, Witkacy…. . Miał Dederko bardzo zdolnego laboranta. Otóż ten laborant podczas urlopu właściciela po prostu zwiał, pozostawiając zakład na opiece boskiej. Dobrze się stało, że w tym czasie przyjechał do Warszawy syn inżyniera – Witold, który, mając słabe pojęcie o fotografii, wziął się do pracy, a więc wydawał zlecenia, przyjmował klientów itp. , a miał wtedy  w roku 1923 16 lat. No i tak już zostało. Zaczęli razem eksperymentować i pracować. Na początku Witold retuszował prace ojca ponieważ znał retusz tzw. ,matlakowy”, tolerowany w świecie fotografii artystycznej. ,Kiedyś ojciec zrobił obraz św. Sebastian, do którego, jak często do innych, ja pozowałem. Postanowiłem zrobić szkic ołówkowy dla opracowania go potem w matlaku. Narysowałem, pokazałem ojcu, a on powiedział:
– po co masz robić matlak. Ja po prostu to zreprodukuję. Zreprodukował. I to był pierwszy fotonit. Potem udoskonalił technikę używając jako materiału barwiącego tłustego węgla (sauce) i kredy. Początkowo fotonity były nieśmiałe. Podkreślałem w nich jedynie światła i cienie, potem rozzuchwaliłem się, domalowywałem tła ,przebierałem” modeli (np. Bolesław Chrobry), wreszcie miękkość fotograficzną zacząłem zmieniać w kubistyczne bryły. Puryści fotograficzni rzucali na nas gromy oburzenia, ale myśmy robili swoje.
Te wspomniane gumy na wystawie 1924 roku były robione ze zdjęć głównie syna, który sam charakteryzował swoją twarz liniami, upodabniając ją do wymogów modnego wówczas kubizmu. Prace te zrobiły duże wrażenie i wywołały w prasie fachowej ożywione dyskusje. Dederkowie ojciec i syn zawarli spółkę, podpisując swe prace znakiem M. W. Dederko. Ułatwia to ustalenie  okresu pochodzenie prac M. Dederki, gdyż autor często nie datował swych gum; tak jest w przypadku prezentowanej pracy ,Mona Lisa”, która podpisana jest M Dederko, czyli pochodzi sprzed 1923 roku.
Wówczas powstała idea fotonizmu. Zasada w krótkości jest taka: ze zdjęcia robi się powiększenie na matowym papierze, na którym kładzie się śmiały retusz sosem czarnym i kredowym, usuwając to, co nie jest potrzebne, a dodając to, co podkreśli wyraz zdjęcia, następnie robi się z takiego powiększenia negatyw powiększony dużym aparatem reprodukcyjnym. Tak sfotografowane zdjęcia można kopiować dowolną techniką, ale najlepiej nadają się one do gumy.
W parę lat potem w salonach PTF odbyła się wystawa indywidualna spółki. Krytyka rzucała się ze strasznym oburzeniem, a znany recenzent śp. Wieczorek od tej chwili zrobił się wrogiem inż. Dederko, ale – o dziwo -60 %   obrazów zostało sprzedanych po 100zł sztuka, co wtedy nie było znowu ceną tak małą. Spółka Dederków trwała dalej aż do roku 1929 gdy Witold zaczął pracować jako fotoreporter w Polskiej Agencji Fotograficznej i nie mógł pomagać ojcu, mimo to czasami na jego prośbę fotonizował jakiś fotogram, ale bardzo rzadko. Spółka autorska musiała się skończyć. A potem wojna.
Po II wojnie światowej restytuowano Polskie towarzystwo Fotograficzne, a na tradycjach Fotoklubu Polskiego zorganizowano w 1947 roku ZPAF. Związek miał za zadanie opiekę nad artystyczną twórczością fotograficzną, nic więc dziwnego, że nastąpiła eksplozja tej twórczości. Pojawiły się znane sprzed wojny techniki ,szlachetne”, przetłoki, gumy, a w ślad za nimi fotonit i heliografika. Znów zacząłem współpracować z ojcem pisze Witold. ,Niestety nie na długo. W pewnym momencie zwyciężył kierunek oparty na naturalizmie fotograficznym. I ojciec i ja przerwaliśmy pracę twórczą. Nie umieliśmy się przystosować do nowych wymogów. Zbyt mocno wrośnięci byliśmy korzeniami w tradycje Młodej Polski, w jej uczuciowość, czy nawet ckliwość. Nie musieliśmy się wstydzić tego, że sztuka nasza wywodzi się od Wyspiańskich, Stanisławskich, Mehoferów.
W okresie tym Witold Dederko zajmował się działalnością pedagogiczną, prowadził wykłady w Techniku Fototechnicznym, założył grupę ,Przedszkole” a później ,EOS”.
Ojciec zmożony chorobą i szykanami już nie tworzył. Żył wspomnieniami lat przedwojennych.

Dane chronologiczne:

1880                  Narodziny
1893 – 1904    Pierwszy aparat i pierwsza epoka amatorska
1904 – 1912    Przerwa
1912 – 1919     Nawrót do fotografii – portrety
1913                  Pierwsze spotkanie z Bułhakiem
1913 -1920     Druga epoka-prace nad  techniką.      Wystawy    warszawskie podczas wojny.
1921 -1926     Zakłady  fotograficzne. Od 1923  współpraca   z  synem Witoldem
1924                 Pierwsze gumy na wystawie warszawskiej
1925                 Przerwa odejście do kina
1928                Wystawa międzynarodowa w Warszawie
1929                Mianowanie seniorem FKP
1929 – 1938    Praca w firmie Kodak
1935 – 1938    Praca pedagogiczna
1938                Redaktor Fotografa Polskiego
1938 – 1939  Praca u Franaszka
1938                Złoty Krzyż Zasługi za prace fotograficzne
1947                Członek założyciel ZPAF-u
1948                Nawrót do fotografii artystycznej
1965                Śmierć w Warszawie  8 lipca

Podziękowania:

Dziękuję panu Zbyszkowi Kapuścikowi za udostępnienie swoich bezcennych materiałów na temat rodziny Dederków oraz możliwości zreprodukowania gumy Mariana Dederki  pt.:  „Mona Lisa”.
Marek Dziedzic

Źródło: www.guma.powernet.pl
  1. Margot
    Sierpień 21st, 2012 at 20:15
    Reply | Quote | #1

    Ku mojej wielkiej radosci znalazlam strone poswiecona tej niesamowitej technice. Bardzo zainteresowal mnie artykul o M. Dederko, chcialam sie zapytac czy istnieje na rynku wydawniczym jakikolwiek album z jego pracami? W internecie znalazlam raptem trzy zdjecia jego autorstwa.